Przedrostek Piekła

Mam takie dwa okresy w bieganiu, które oznaczają więcej czasu i relatywny luz. Mowa o roztrenowaniu i okresie bezpośrednio przed startem. Ten pierwszy to oczywiście całkowity relaks. Ten drugi, nacechowany jest pewnym napięciem, pomimo odczuwalnie mniejszej objętości.
Jest jednak taki czas, chwilę przed BPS, który naznaczony jest szczególnie trudnymi jednostkami. Objętość dalej jest spora, a prędkości duże.
Tak właśnie miałem w ostatnim tygodniu. Zacząłem go 18 kilometrami tempem 4:14 - co ciekawe w tlenie! We wtorek miałem regeneracyjne tuptanie, w środę byłem na stadionie (2*2000m + 4*1000m, dwójki: 3:29 oraz 3:27; najwolniejszy tysiąc 3:22, ostatni i najszybszy 3:15). W czwartek dźwigałem ciężary. Piątek to znowu odpoczynek - czyli 12 wolnych kilometrów i seria 10 podbiegów. W sobotę wróciłem na Katowicki AWF, by zrobić 15*400 metrów. W niedzielę na domknięcie luźne 60 minut biegu - zupełnie bez historii.
Takie 7 dni to istny miks. Z jednej strony robiłem mocne treningi i pewność siebie rosła. Z drugiej, dzień po szybkim biegu czułem się jak wrak. Fizycznie. Zejście z łóżka wymagało niemalże sturlania się. Takie momenty w życiu amatora to tylko wierzchołek góry lodowej. W odróżnieniu od zawodowców, my musimy iść jeszcze do pracy. I wcale nie chodzi mi o to, żeby się żalić - to nasz wybór, że chcemy to łączyć.
Problem jest w innym miejscu. Zmęczenie treningowe narasta, na horyzoncie brak możliwości odpoczynku, praca dokłada swoje. Ciężko też odpuścić obowiązki domowe czy po prostu fajne rzeczy - jak 30stka przyjaciela czy czas spędzony z rodziną - i zaczynamy mieć pewne wątpliwości.
Zastanawiam się wtedy, czy to bieganie jest tego warte. Bardzo lubię to robić i sam ruch zdecydowanie poprawia moje samopoczucie. Czym innym jednak jest zgrana z życiowymi wyzwaniami aktywność fizyczna, a czym innym reżim treningowy. Tego drugiego nie interesują wiosenne porządki w domu czy intensywny dzień w pracy. I gdy zaczyna brakować czasu, a kalendarz nieubłaganie przypomina o zbliżających się zawodach, zdarza się kwestionować zaangażowanie w swoją pasję.
Jak mi pójdzie? Czy nie byłem zbyt zmęczony na treningu? Czy zdążę się zregenerować? Czy nie złapie mnie uraz jak ostatnio? Pytania pojawiają się w zupełnie chaotycznej, ale zawsze tej samej - przytłaczającej formie. I niestety zmęczony człowiek nie myśli trzeźwo. To między innymi dlatego, gdy jesteśmy w takim stanie, ciężej jest dopilnować nawyków, które ustaliliśmy ze sobą, gdy byliśmy w dobrej formie.
I pojawia się pytanie - czy droga do sukcesu musi tak wyglądać? Czy da się inaczej? Cóż - jak to mówi stare powiedzenie: skoro idziesz na szczyt, to czemu jesteś zaskoczony, że jest pod górę? Chciałoby się, żeby to winda nas tam zawiozła. Natomiast jaki byłby sens osiągania czegokolwiek? Czym byłoby ukończenie maratonu, gdyby nie wymagało treningu i przygotowania? To dlatego królewski dystans jest taki magiczny. Pięciokilometrowe zawody ukończy każdy - chociażby spacerem. Ale już do półmaratonu najpewniej trzeba się przygotować (co z doświadczenia rekomenduje;).
I tutaj malutka zmiana przedrostka, która była ogromną zmianą percepcji tego okresu, spowodowała spokój w trakcie sztormu wątpliwości. Nie mam za-łamania. Mam prze-łamanie. Z góry zakładam, że te pytania się pojawią. Również w trakcie biegu będę się nimi zadręczał. Natomiast to nie tylko jest normalne, a wręcz jeśli się nie pojawiają, to jestem na złej drodze. I ciężkość nie wyznacza jakości, ale nie da się mieć tej drugiej, gdy jest lekko. Dlatego to dobrze, gdy czuję się przytłoczony. Ta presja, o czym często mówią zawodowcy, to przywilej. Bo to po jej drugiej stronie, znajduje się upragniony sukces - trzeba tylko dokonać przełamania.
I nie chodzi mi też o to, by ślepo iść w ogień wątpliwości i trudności. To trochę tak, jakby bez opamiętania robić ciężkie treningi. One zostawiają ślad na naszym zdrowiu. Ważne jest więc, by się z nimi odpowiednio pracować. Mi osobiście bardzo pomaga prowadzenie dziennika. Ale nie notowanie wstecz, tylko w danym momencie. Zazwyczaj próbuję krótko opisać - jak się czuje fizycznie, psychicznie, co się dzieje w życiu. Jaki wynik zakładam. To krótka notatka, tylko i wyłącznie dla mnie.
Ogromnie ciekawym doświadczeniem jest czytanie tych zapisków po zawodach. Nawet nie wiecie jak często wydawało mi się, że na pewno nic z tego nie będzie, a linię mety przekroczyłem rozbijając swoją życiówkę bądź lądowałem prosto na pudle. Albo po prostu notowałem start znacznie lepszy, od przewidywanego na skrawkach papieru.
Jestem wręcz zaskoczony, gdy porównuje rezultat do opisywanych sytuacji. Robienie tego ćwiczenia pozwoliło mi się w pełni oswoić z tymi myślami. Aktualnie jestem na etapie, że stresuje się bardziej, gdy nie nie mam żadnych wątpliwości przed startem!
Poza prowadzeniem dziennika, ten okres za/prze-łamania, warto spędzić dając sobie przestrzeń. Może wcześniej odłożyć telefon, zrobić krótki spacer, spędzić go z ludźmi, których się lubi. Na każdego zadziała coś innego. Tutaj nie ma złotej rady - trzeba samemu zobaczyć, co pomaga.
I jeszcze ważne na koniec - nie każde złe samopoczucie może oznaczać przełamanie. Czasem nie oznacza też załamania. Są minimum dwa momenty, w których trzeba się wycofać. Ten pierwszy jest wtedy, gdy na szali jest Twoje zdrowie. Drugi wyznacza prosta zasada: kończ nie wtedy, gdy jest źle, ale wtedy, gdy to nie ma sensu.
Tak czy inaczej, gdy skonfrontujesz się z przedrostkiem piekła, pamiętaj - jesteś najpewniej na odpowiedniej ścieżce! Ich pojawienie się to dobry omen. Trzeba tylko nauczyć się z nimi żyć, by ten gorący okres zakończyć zamianą “za” na “prze”!
PS. Dla lubiących ciekawostki - w angielskim to przedrostek zostaje ten sam, a różni się końcówka. Następnym razem więc można się zapytać: Am I having a breakdown or breakthrough?
Czytaj też

Masz tylko dwie opcje
Wizyta u dziadka spowodowała nie tylko nostalgiczny powrót do przeszłości, a też doprowadziła do pewnej refleksji.

Niech ta wiosna jeszcze trwa..
Wiosna 2024 już za mną! Co z tego okresu wyciągam?

Porażka determinizmu
Czy powinniśmy się denerować, gdy ktoś nam odpowiada „to zależy”?
